Widok kozy o poranku według aborygeńskich wierzeń może oznaczać tylko jedno - mega warun. Od rana ładna pogoda. Wieje SE, chwilami mocniej ale ciągle ok. Wszyscy odlatują w dal a ja cóż... na lądowisko. Druga próba i po kilku minutach jestem w kosmosie, tzn. nie tak znowu bardzo ale 2200 mam. gdy na końcu płaskowyżu okazuje się, ze właśnie zaczyna się kryzys. Mali
nadaje z ziemi, że padł na 20km. Fiemka walczy przy kamieniołomie.
Narrabri. ok 22.00, lokalny pub. Drzwi zamknięte, można wejść jak się załomocze więc łomoczemy. W środku wszyscy dobrze wstawieni, czarny jamnik łazi bo barze. Sika do kufli zamiast piwa? Chcemy coś zjeść. Jeden z barmanów przynosi kartonzmrożonych na kość kurzych nóg i skrzydełek i do tego 2 tacki ze stekami na grill. Chce nam to wcisnąć za kompletną darmochę. W końcu bierzemy po piwie i jedziemy dalej.
Powrót we czterech na 3 osobowej kanapie z tyłu nie jest kwintesencją luksusu. Do tego jeszcze po drodze zabieramy Niemca... pięć osób miażdży się sennie z tyłu i ciągle 150km do domu.
W strugach deszczu o 0.40 dojeżdżamy do Manilli. Bilans: 11 godzin w aucie, godzina lotu, 2 życiówki, akcja w barze w Narrabri. Wystarczy jak na jeden dzień. I do tego jeszcze internet na farmie przestał działać.








